Strona główna

09-25 VI 2004: Polska-> Ukraina-> Węgry-> Rumunia-> Węgry-> Słowacja-> Polska

Tu zdjęcia z wycieczki


09.06.2004

Start. Gliwice, dworzec PKP, godz. 5:30, pociąg pospieszny "Bieszczady" do Zagórza - no to jedziemy! "Krótka" podróż i już koło godz. 15:00 wyruszamy obładowanymi rowerami z Zagórza przez Lesko i Ustrzyki Dolne do Krościenka - do granicy z Ukrainą.

Już w Zagórzu pierwszy podjazd, ale nie sprawia żadnych problemów, później pod górkę na wyjeździe z Leska - także spokojnie - nic się nie rozsypuje :) Docieramy do przejścia granicznego w Krościenku i zaczynają się problemy. Okazuje się, że nie jest prosto wyjechać z naszego kraju turyście na rowerze, w końcu nic nie przemycamy :] Mimo, że wcześniej rzecznik Bieszczadzkiego Oddziału Straży Granicznej poinformował nas, że można przebyć granicę na rowerze, dzielni obrońcy unijnej granicy twardo utrzymują, że nie można, bo to i tamto, bo przejście samochodowe itp. Ciekawe, że w innych przypadkach rowerzysta jest normalnym użytkownikiem drogi i nie może poruszać się chodnikami jak piesi... a na granicy rowerzysta z rowerem to pieszy :>.

W międzyczasie przejeżdża ostatni tego dnia pociąg do Chyrowa (Ukraina) i chociaż zostaje zatrzymany na granicy do kontroli nasi pogranicznicy mówią, że i tak nie możemy tam wsiąść :> No nic, nie zawracamy sobie nimi więcej głowy, niech dalej płynnie przepuszczają ruch przemytniczo-handlowy. Dzięki uprzejmości pani z pobliskiego bufetu spotykamy ukraińskiego kierowcę, który przewiezie nas przez granicę. Wóz nie wygląda na taki co pomieściłby 3 dodatkowe osoby z rowerami, ale ponoć nie ma sprawy... i rzeczywiście, nasz kierowca jedzie z kolegą więc może zabrać tylko 2 osoby, ale nie jest to problem bo zatrzymuje na drodze innego busa ukraińskiego i załatwia przewóz dla jednego z nas z rowerem... Tomek zabiera się więc natychmiast, a Witek i ja czekamy z naszym przewoźnikiem parę metrów przed przejściem na zmianę polskiej obsługi.

Oczywiście wcześniej próbowaliśmy zatrzymać wiele pustych samochodów z polską rejestracją, ale bez najmniejszego powodzenia, żaden nawet nie zwalnia, ukraińskie auta zatrzymywały się częściej, ale przeważnie kierowcy nie mogli nas zabrać bo mieli auta wyładowane towarem po dach albo i bardziej :) Po chwili nasz kierowca, przy okienku posterunku załatwia z "polskim obrońcą granic" otwarcie dodatkowego pasa do obsługi celnej bo wiezie polskich turystów, którym się spieszy do kolegi po drugiej stronie granicy, a już późno itd. I takim sposobem omijamy sporą kolejkę samochodów czekających na odprawę, po stronie ukraińskiej nie mamy żadnych kłopotów, żadnych pytań, nasz kierowca pomaga nam nawet wypełnić jakieś karteczki imigracyjne - ponoć mogą się przydać przy opuszczaniu Ukrainy, obsługa na granicy szybka i sprawna, nikt nie wciska nam ubezpieczeń zdrowotnych. Kawałek za granicą zabieramy Tomka, granicę pokonał tak bezproblemowo, że nawet nie wie o karteczce. Robi się ciemno i nasz kierowca Wladymir proponuje, że zawiezie nas aż do Chyrowa, mieliśmy dojechać tam na rowerach, ale z uwagi na porę i niebezpiecznie duży ruch na nieoświetlonej szosie nie protestujemy. Okazuje się, że polskie auta masowo jadą do pierwszej ukraińskiej stacji benzynowej, gdzie tankują benzynę o wiele tańszą niż w Polsce. W Chyrowie wyładowujemy się z rozklekotanego starego BUS`a, dzięki któremu w końcu udało się opuścić nasz kraj.

Chyrów - jest już całkiem ciemno, na ulicach dziury, brak oświetlenia, chodzą ludzie i zwierzęta, dużo samochodów, Wladymir udziela nam cennych wskazówek jak wyjechać z miasteczka, pytamy kierowcy ile weźmie za przejazd, nic nie chce, ale w końcu poddaje się mówiąc: ile dacie tyle będzie dobrze :) Dajemy trochę więcej niż zakładaliśmy rozpoczynając "łapanie okazji" uznając uprzejmość i wielką pomoc naszego kierowcy. Pozdrowienia i zostajemy na ukraińskiej ziemi pogrążonej w ciemnościach. Czuć charakterystyczną woń ukraińskich paliw, załączamy lampki i lawirujemy między dziurami. Przez opóźnienie z granicy nie mamy ani hrywny, a w sklepie pani nie może przyjąć innej waluty, wyjeżdżamy z miasteczka, droga prowadzi przez pola, teren pagórkowaty. Rozbijamy obóz na obrzeżu łąki oddzielonej pasem drzew od drogi. Dystans dzienny: 60 km.

10.06.2004

Rankiem śniadanie, likwidacja obozowiska i ruszamy w stronę Starego Sambora. Po drodze miejscowości z ciekawymi budowlami... przeważnie popadającymi w ruinę. Do wzniesień pasma Sanocko-Turczańskiego dojeżdżamy w sąsiedztwie wijącego się Dniestru. Z jednej z przełęczy zjeżdżamy w dolinę rzeki Stryj, a następnie docieramy do Turki. Wjeżdżamy do centrum, w mieście mimo sporego ruchu na ulicach panuje południowa senność, Tomek idzie do banku wymienić trochę pieniędzy i możemy zrobić zakupy. Dzień jest upalny więc na ochłodę trochę piwa w 1,5l butelkach PET...za które podchmielony gościu w sklepie sprawnie wylicza należność przebierając palcami na liczydle ;) Przerwę na drugie śniadanie robimy przy stromej drodze wyjazdowej z miasta. Podjazd w samo południe daje się trochę we znaki, teren staje się podobny do naszego Podhala, grzbiety i szerokie panoramy wyższych gór. Urozmaiconym, coraz bardziej górskim terenem zmierzamy w stronę widocznych z prawej strony Bieszczadów Zachodnich (polskich), z drogi bardzo ładne widoki na pasma Połoniny Równej, Ostrej Hory, w oddali Połonina Borżawa, a coraz bliżej Połonina Bukowska z najwyższym szczytem Bieszczadów Wschodnich - Pikujem (1406m n.p.m.). Ciekawe widoki od wschodu i południa na gniazdo Tarnicy i Halicza, miejscami widoki na wijącą się trasę kolei transkarpackiej. Droga na przełęcz jest bardzo przyjemna, nawierzchnia całkiem dobra, a ruch znikomy. W końcu docieramy w bezpośrednie sąsiedztwo przełęczy Użockiej, z drogi piękny widok na Bieszczady i jadący w urokliwej scenerii do niedalekich Sianek pociąg, widać też błyszczący w słońcu dach cerkwi w Siankach. Przez przełęcz Użocką przebiega granica województw: Lwowskiego i Zakarpackiego jest tu szlaban i posterunek wojska czy też ukraińskich pograniczników, oglądają paszporty i pozdrawiając puszczają nas dalej. Na przełęczy robimy krótki odpoczynek, oglądamy mapki i tablice z informacjami o szlakach turystycznych. Przed nami bardzo długi i bardzo malowniczy odcinek zjazdu na Zakarpacie, w głęboką dolinę rzeki Uż, wiele serpentyn, przy jednym z górskich strumyków przerwa na porządne mycie i pranie, w dole, we wiosce kolejny "check-point" przygraniczny, obserwujemy ciekawie zaprojektowaną linię kolejową na przełęcz Użocką, liczne wiadukty i tunele robią wrażenie. Niektórych budowli pilnują uzbrojeni żołnierze. Jedziemy wzdłuż rzeki Uż, błyskawicznie tracąc "wysapaną" wcześniej wysokość, mijamy Wołosiankę i Wielki Biereznyj. Widać różnicę w stylu budownictwa między Zakarpaciem, a resztą Ukrainy, zagrody bardziej zadbane, budynki w większości murowane. Znane jest polskie "dzień dobry", słychać wpływy języka słowackiego, jedziemy w pobliżu granicy Ukrainy z Polską, następnie ze Słowacją. Kiedyś tereny te należały do Czechosłowacji. Wjeżdżając w dolną, szeroką część doliny Użu zaczynamy szukać miejsca na nocleg, nie jest to łatwe bo wszystkie dogodne miejsca są zamieszkane lub wykorzystane rolniczo. W końcu rozbijamy się na obrzeżu pola, pod lasem, koło małej rzeczki, miejsce idealnie równe, z widokiem na góry... przy okazji jest piekielnie gorąco i ostro tną komary :> Mimo, że najbliższa miejscowość jest niezbyt daleko i widziani jesteśmy przez wiele osób pracujących do wieczora w polu nie wzbudzamy niczyjego zainteresowania czy złości. Przygotowanie posiłku, mycie i spanie. Dystans dzienny: 150km.



11.06.2004

Rano widać już zmianę pogody, pogorszyła się widoczność, jest pochmurno, parno i mgliście. Ruszamy w stronę Użhorodu. Po drodze uzupełniamy zapasy wody z ładnie udekorowanego ujęcia wody źródlanej przy drodze, jedziemy przez miasteczko Piereczin, ciągle w dół rzeki Uż. Wypogadza się, robi się wilgotno i gorąco, mgiełka zacierająca widok gór pozostała do końca dnia. Przed Użhorodem dojeżdża do nas rowerzysta, rozmawiamy chwilę o trasie, drogach na Ukrainie, zaglądamy wspólnie na mapę i wjeżdżamy do centrum miasta. W centrum spory ruch, być może to jakiś dzień targowy. Zwiedzamy zadbane centrum poruszając się wąskimi uliczkami starego miasta, na małym skwerku spijamy świeżo zakupioną butle kwasu chlebowego, jakieś małe drugie śniadanie i próbujemy dotrzeć do szosy wylotowej z miasta. Tak jak mówił spotkany rowerzysta, ulice są w kiepskim stanie, pełno wielkich dziur i słabe pobocze. Wylotowe rondo akurat w remoncie, od tego miejsca droga staje się szeroka z nową nawierzchnią dobrej jakości, ruch spory, ale miejsca starcza dla wszystkich. Jadąc pofałdowanym terenem zbliżamy się powoli do doliny Cisy, Karpaty stają się coraz mniej widoczne, jesteśmy w rejonie jednego z kilku zakrętów głównego ciągu tych gór, szosa oddala się od gór na południe. Kilka kilometrów przed Mukaczewem zadziwia nas znak zakazu jazdy rowerów główną drogą i nakaz zjazdu na ścieżkę rowerową równoległą do szosy, to pierwszy taki obiekt jaki widzimy na Ukrainie. Ścieżką docieramy spokojnie do Mukaczewa, główna szosa kieruje się dalej do Swalawy, bliżej wysokich pasm Świdowca i Czarnohory. Przyzwyczajeni do dość szybkiej jazdy odcinkiem szosowym z Użhorodu, nie wjeżdżamy do centrum tylko od razu w drogę prowadzącą do Berehowa... w stronę granicy z Węgrami i Rumunią. Zaraz za zjazdem z dotychczasowej szosy ładny widok na zamek położony na wysokim wzgórzu. Krótka sesja zdjęciowa i ruszamy z Mukaczewa. Jazda jest dość nużąca, szosa jak spod linijki, nawierzchnia dobra, teren płaski, nie bardzo jest na czym oko zawiesić... lekki wiatr w plecy, więc jedziemy dość szybko jak na mój sprzęt (koła 26", opony 2.1", bieżnik terenowy bez paska trakcyjnego) 26-30km/h. Szosowy etap doprowadza nas do Berehowa. Miasto robi całkiem dobre wrażenie, centrum zadbane, widać i słychać wpływy węgierskie. Zakupy, zdjęcia, odpoczynek i ruszamy dalej. Na celowniku jest drogowe przejście z Ukrainy do Rumunii Djakove-Halmeu. Sprawa niezbyt pewna bo informacje o jego dostępności mamy słabe, a nawet sprzeczne, zatem sprawdzimy to w praniu :) Z Berehowa jedziemy przez krainę jak z Węgier, winnice, sady, zadbane wioski, teren lekko pofałdowany. Za miejscowością Wiłok przejeżdżamy most na Cisie. Duża i malownicza to rzeka, zaraz za mostem jest przejście graniczne do Węgier Wiłok-Tiszabecs. Mijamy je i jedziemy ok. 20 km w kierunku przejścia Djakove-Halmeu. Tam wątpliwości się wyjaśniają... niestety na naszą niekorzyść, ale nie ma to nic wspólnego z niezbyt przyjemną przeprawą przez polską granicę, ukraińska obsługa przejścia uprzejmie i rzeczowo wyjaśnia jaka jest sprawa. Okazuje się, że przejście jest dostępne na razie tylko dla ruchu lokalnego oraz dla międzynarodowego ruchu samochodów ciężarowych. Jakieś procedury dyplomatyczne odnośnie ruchu osobowego obywateli państw trzecich są w trakcie załatwiania czy uprawomocniania i póki co nie da się tam przejechać. Komendant przejścia poleca nam i zapewnia, że bez problemów przejedziemy do Rumunii mijanym wcześniej przejściem na Węgry. Mówi też, że już za miesiąc przejechalibyśmy bez kłopotów... no nic, trasa się wydłuża o przejazd przez Węgry, ale nie ma chyba innego sensownego wyjścia. Wracamy więc w stronę granicy węgierskiej. Za mostem w Wiłoku droga kierowała się równolegle do Cisy, a od przejścia z Węgrami do następnej miejscowości jest dość spory kawałek drogi wysadzanej orzechem włoskim, wkoło pola, niedaleko brzeg rzeki, jadąc tam wcześniej trochę na zapas pomyślałem, że moglibyśmy gdzieś tu przenocować. Teraz aktualny stał się temat znalezienia miejsca na nocleg, dystans przejechany tego dnia jest całkiem duży, problemów technicznych nie było jednak sama odległość spowodowała zmęczenie i zarzucamy pomysł opuszczenia Ukrainy w tym dniu. Powtórnie przemierzając kilka ukraińsko - węgierskich wiosek dojeżdżamy do drogi obsadzonej orzechem włoskim :) Skręcamy w polną drogę prowadzącą w stronę Cisy i po chwili jesteśmy za wałem przeciwpowodziowym, znajdujemy równą łączkę i zakładamy biwak. Po upalnym dniu zbiera się na burzę, komary tną, wkrótce nastaje ulewa, ale niewiele się ochładza... mamy więc saunę w namiocie. Dystans dzienny: 164,5km.



12.06.2004

Rano stawiamy się na przejściu Wiłok-Tiszabecs. Jest kilka samochodów, szybko podjeżdżamy do okienka ukraińskich strażników. Młodzi pogranicznicy widząc turystów z rowerami pytają o to i owo, rozmawiamy o przejściu z Rumunią, są ciekawi naszego sprzętu i trasy, dystansów dziennych, a w końcu przystępując do odprawy pytają o karteczki jakie dostaliśmy wjeżdżając na Ukrainę :) Ponieważ na trzyosobowy zespół mamy tylko 2 karteczki nie przyznajemy się do nich mówiąc, że nic nie dostaliśmy :) Trochę się Ukraińcy przekomarzają mówiąc, że możemy tędy przejechać, ale najpierw musimy wrócić do przejścia wjazdowego po karteczki. To raczej żart bo trzeba podjechać kilkaset kilometrów przez góry... w jedną stronę ;) Życząc nam powodzenia wyprawy żołnierze wypuszczają nas z Ukrainy. Po stronie węgierskiej pogranicznik całkiem poprawną polszczyzną rozmawia z nami, pierwsze pytanie dotyczy problemów na Ukrainie, trochę się dziwi, że nie mieliśmy tam żadnych kłopotów.

Może mieliśmy szczęście, a może naprawdę jest normalnie. Dostajemy kolorowe foldery dla obcokrajowców z opisami głównych atrakcji Węgier, są też szkicowe mapki: Węgry, Balaton i Budapeszt. Zachowuję folder... w końcu od dawna interesują mnie wszelakie mapy. Później foldery okażą się bardzo przydatne. Rezygnujemy z zakupu forintów, chcemy pokonać Węgry tranzytem więc od razu kierujemy się w stronę najbliższego przejścia z Rumunią.

Od samego rana jest pochmurno i sennie, deszcz wisi w powietrzu. Pomykamy przez wybitnie rolniczy krajobraz, jest płasko, drogi bardzo dobre, ruch znikomy, czasem pada słaby deszcz, czasem zaświeci słońce... ciągle jest bardzo sennie, ale na licznikach przybywa kilometrów. Czasem próbujemy się upewnić co do drogi pytając dość często napotkanych żołnierzy ochrony pogranicza. Niezbyt wiele z tego wychodzi bo w węgierskiej mowie biegłości nie mamy żadnej, a oni nie bardzo chcą mówić inaczej ;> Jednak bez kłopotów docieramy do przejścia Csengersima-Petea. Tu szybko i sprawnie przedostajemy się do Rumunii. Odpowiadając na pytanie o cel podróży, że jedziemy do Rumunii wzbudzamy uśmiech u celnika/pogranicznika rumuńskiego... hehe, faktycznie niezbyt konkretnie :) Program rumuński wymagałby dłuższej opowieści, a Pan więcej pytań nie miał. Znowu zaczyna padać więc odpuszczamy zakup pieniędzy i ruszamy odremontowaną drogą do Satu Mare. W centrum miasta Tomek łapie "kapcia", szybki serwis na jednej z głównych ulic. Wymieniamy trochę pieniędzy w kantorze i zakładamy lotne obozowisko w centralnym parku/skwerze miasta. Z plikiem banknotów o przerażającej ilości zer ruszam w poszukiwaniu sklepu z czymś fajnym do jedzenia.

Po drodze przypominam sobie działania na wielkich liczbach, oswajam z kursem dolara, próbuję przeliczać na złotówki itd... całkiem ciekawe wrażenia. Wchodzę do sklepu prawie samoobsługowego, ale wiele rzeczy trzeba kupować kontaktując się ze sprzedawcą, mały strach jak to zrobić nie znając języka, ale kupić trzeba ;) Profilaktycznie pytam o angielski, ale trzeba będzie inaczej, trochę słucham co mówią miejscowi, trochę czytam etykietki, język z grupy romańskich więc znajomość kilku słówek włoskich czy francuskich pomoże, no i dobrze, że są dłonie :) Udaje mi się kupić wszystko co chciałem, urządzamy mały piknik w parku, resztę zabieramy ze sobą. Jest czysto i zadbanie, jak zawsze tak i tu staramy się oczywiście nie robić negatywnej sensacji swoją obecnością. Kierując się na wschód, w stronę gór zwiedzamy kawałek tego dużego miasta. Pogoda się poprawia, robi się z czasem wręcz upalnie. Wiatr z zachodu pcha nas i szybko oddalamy się od miasta. Pierwszy podjazd na zalesione wzgórze. Na zjeździe ładne widoki, w oddali góry, droga przyzwoita. Kierujemy się do przełęczy Huta gdzie zaplanowany jest nocleg. Docieramy na miejsce po całkiem stromym miejscami podjeździe drogą wijącą się serpentynami. Na przełęczy nieopisany gwar, dzieciaki wysypały się z autokaru zaludniając wielką polanę. Chłodzimy się piwem i zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Pogoda znowu się psuje, chmury zaczynają się przewalać nad przełęczą, ochładza się i zaczyna kropić. Udaje się znaleźć fajne miejsce w pobliskim kamieniołomie, z półki skalnej piękny widok na pobliskie góry, gdyby nie chmury byłby jeszcze ciekawszy - na ukraińskie Karpaty. Zrywa się potężna burza, musimy nawet przenieść namiot o kilka metrów nie chcąc spać w burzowej rzeczce ;) Dystans dzienny: 129,5km.


13.06.2004

Noc mija bez przykrych niespodzianek chociaż COŚ łaziło koło namiotu i "dyszało". Tak został nazwany słyszany dźwięk ;) Nikt nawet nie wyszedł sprawdzić cóż to było. Na chwilę się wypogadza, ale widoków dalekich nie ma. Wolno zjeżdżamy z przełęczy po śliskiej i mokrej drodze, im niżej tym mocniej pada. W dolinie leje już porządnie, buty zupełnie przemoczone, a moje sakwy przechodzą prawdziwy test na wodoszczelność. Sapanta - miejscowość znana z tak zwanego wesołego cmentarza. Ciągle pada, ale zbaczamy z głównej drogi żeby obejrzeć ciekawostkę, przy bramie cmentarza ulewa się wzmaga, oglądamy tyle co widać z bramy, nie ma jak robić zdjęć więc jedziemy dalej. Wesołość cmentarza to raczej jego odmienność od innych, wyróżniają go bogato i kolorowo zdobione nagrobki, na kolorowych malowidłach przedstawione są twarze i sylwetki zmarłych. Odjeżdżamy w stronę Sighetu Marmatei, ciągle pada, ale nikomu to już dawno nie przeszkadza, kurtki i peleryny działają jak należy. Sighetu Marmatei - ładne miasto w dolinie Cisy, przy ładnej pogodzie pewnie można podziwiać góry ukraińskie i rumuńskie, nam się widoki nie udają, nic nie widać, mgła i deszcz;) Robimy zakupy na drugie śniadanie, zatrzymujemy się na chwilę w centrum po czym ruszamy dalej. Opuszczając Sighetu Marmatei przytrafiają się awarie, pęka dętka w rowerze Witka, okazuje się, że to przez rozdartą oponę, szybki serwis w deszczu i po dłuższej chwili jedziemy dalej w kierunku Borsy. Około godz. 13 przestaje padać, pokazuje się słońce i od razu robi się upalnie. Za jedną z przełęczy wjeżdżamy do malowniczej doliny podziwiając marmaroskie krajobrazy. Mijając kolejne wioski w niekończącej się dolinie rzeki Viseu, docieramy do Moisei, a następnie telepiemy się drogą z betonowych płyt przez Borsę. Borsa to duża miejscowość, w górnej części letniskowa - znacznie ładniejsza niż dolna. Z drogi wiodącej na przełęcz Prislop (1416m n.p.m.) podziwiać można piękne panoramy gór Rodniańskich (nazywane są czasem Alpami Rodniańskimi) na południu oraz gór Marmaroskich po stronie północnej. Podjazd na przełęcz jest długi, nachylenie dość spore, droga bardzo widokowa z wieloma serpentynami, kilometry ubywają bardzo wolno, jedzie się z prędkością 6-10 km/h.

W końcu zdobywamy przełęcz - rozległe, trawiaste siodło pomiędzy górami Rodniańskimi i Marmaroskimi. Zbliża się wieczór i odjeżdżają ostatnie samochody masowo podróżujących przy niedzieli Rumunów. Samotny turysta - sakwiarz po angielsku pyta skąd jesteśmy, no i takim sposobem mamy polski wieczór na Prislopie :) Okazuje się, że kolega jest z Rybnika...a to niedaleko Gliwic. A do tego po chwili wynajdujemy wspólne tematy, których mało kto by się spodziewał tak daleko... ten świat rzeczywiście jest mały:) Kolega kończy właśnie swoją podróż przez góry Apuseni i Transylwanię. Postanawiamy rozbić jeden obóz na łące powyżej przełęczy. Pod wieczór przez przełęcz przewalają się chmury, wieje silny wiatr i robi się bardzo zimno. Kolacja, pogawędka i wkrótce przenikliwie zimny wiatr rozgania wszystkich do namiotów. Ponoć w nocy były wspaniałe widoki na okoliczne góry, ale noc przespałem w całości i widoków nie oglądałem ;] Dystans dzienny: 154km.

14.06.2004

Rano wymieniamy się kontaktami i rozstajemy, my zjeżdżamy do doliny Bystrzycy, a kolega zmierza w stronę Borsy i Satu Mare. Nadal jest bardzo zimno i pochmurno, zjazd bardzo ciekawy, piękne widoki, dzikie i czyste górskie potoki, głębokie doliny i wysokie, strome góry z każdej strony. Mijamy podjeżdżających na przełęcz rowerzystów, z dwójką z nich chwilę rozmawiamy, Kanadyjczyk i Angielka, wyprzedzili resztę całkiem licznej grupy. Pozdrowienia i życzenia powodzenia. Jedziemy wiele kilometrów w dół rzeki mijając nieliczne osady.

W Jacobeni skrzyżowanie dróg - skręcamy w drogę do Vatra Dornei. Jedziemy doliną Bystrzycy w towarzystwie gór Suhard po prawej, po lewej - Obcina Mare - jedno z pasm Obczyn Bukowińskich. Centrum Vatra Dornei jest całkiem sympatyczne, robimy zakupy i odpoczywamy. Dalej jedziemy w stronę wielkiego zbiornika zaporowego na Bystrzycy Izvorul Muntelui. Wysoko nad nami grzbiet Gór Bystrzyckich. Po drodze widowiskowy przełom Bystrzycy, trudno robić zdjęcia bo jest wąsko, a skały wysokie... nie mieszczą się w kadrze. Na nocleg zatrzymujemy się na polanie przy rzece niedaleko miejscowości Brosteni.

Dystans dzienny: 144km.



15.06.2004

Od rana zmierzamy w dół Bystrzycy. Docieramy do węzła dróg przy początku zalewu Izvorul Muntelui, w dole jezioro,a nad jeziorem góruje skalisty masyw Ceahlau. Jedziemy kilka kilometrów wzdłuż jeziora po czym skręcamy w kolejną długą dolinę i jedziemy do Toplity. Pogoda tego dnia jest wyśmienita, widoki doskonałe. Dość szybko jedziemy stromym podjazdem i zatrzymujemy się w knajpce na przełęczy Borsec (1105m n.p.m.). Z przełęczy widokowy i stromy zjazd do Toplity. Z miasta jedziemy wzdłuż kolejnej wielkiej rzeki Rumunii - Mures (Marusza), tu wygląda jak większy potok. W palącym słońcu pokonujemy bezleśne wzgórza, nie ma cienia by się schronić. Tak docieramy około godz.17 do Gheorgeni. Robimy zakupy, odpoczywamy na centralnym placu miasta i ruszamy dalej, do przełęczy Izvoru Muresului, gdzieś w jej pobliżu znajdują się źródła Mures. Przełęcz nie jest wysoka przez co zabudowana i pozbawiona miejsc biwakowych. Decydujemy się podprowadzić rowery górską drogą, którą prowadzi pieszy szlak turystyczny do polany położonej kilkadziesiąt metrów nad wioską. Z miejsca tego roztacza się wspaniały widok w każdą stronę, w oddali widać białe skały Ceahlau, dookoła góry, las i malownicze polany grzbietowe. Piękna pogoda i widoki sprawiają, że jest to chyba najładniejsze miejsce noclegowe jakie dotąd mieliśmy. Znajdujemy się na owczym pastwisku, miejsce urokliwe więc (jak zwykle) dbamy by nie pozostał po obozowisku choćby najmniejszy negatywny ślad. Dystans dzienny: 150km.

16.06.2004

Rankiem zapowiada się znowu ładny dzień, zwijamy obóz i faktycznie nie pozostaje po nim nic poza prostokątem ugniecionej trawy w miejscu gdzie stał namiot. Trawa się podniesie, wkrótce nie będzie i tego śladu. Pasterze wypędzili owce na pobliskie pastwisko, ale wydają się ani trochę nami nie przejmować. Zbieramy się i jedziemy w stronę miasta Mercurea Ciuc. Podążamy doliną rzeki Olt, później okaże się, że spotkamy ten niepozorny jeszcze strumyk kilka razy. Nie wiadomo dlaczego rezygnujemy ze zwiedzania Mercurea Ciuc i odbijamy na rogatkach miasta w drogę prowadzącą na drugą stronę Karpat, do Onesti. Najwyższym punktem tego etapu jest przełęcz Ghimes (1159m n.p.m.), na którą prowadzi bardzo ładnie poprowadzona droga. Na przełęczy dłuższy odpoczynek, podziwianie wspaniałych widoków, a nawet drzemka. Czuć, że jest się w sercu gór. W skali urokliwości przełęczy ta także mieści się wysoko.

Aż szkoda, że nie możemy tu zostać na noc, jest stanowczo za wcześnie na zakończenie dnia. W dolinie napotykamy sporo szybów wydobywających karpacką ropę. Czynne kiwony stoją nawet pośrodku pól uprawnych, można podejść blisko, przyjrzeć się ich pracy i zaczerpnąć naftowego błotka. Kotlina rozszerza się i wjeżdżamy do pierwszego większego miasta za górami - Comanesti. Miejscowość nie robi na mnie zbyt dobrego wrażenia, wcale mi się nie podoba :) Jednak na jego obrzeżu wynajdujemy fajne miejsce na nocleg - wypłaszczenie nad rzeką. Widać ślady po szalejącej tu kiedyś powodzi, rzeka spustoszyła dno kotliny, powstał labirynt wzniesień i rowów, teren powoli zarasta drzewami i krzakami i jest tam całkiem ładnie. Chociaż niedawno trochę padało mamy nadzieję, że tej nocy nie wydarzy się taki kataklizm jakiego ślady jeszcze widać, zostajemy na noc.

Dystans dzienny: 129km.

17.06.2004

Kataklizmu na szczęście nie było więc rano ruszamy dalej. Po drodze Darmanesti, a później spore miasto Onesti. Jakby trochę ładniej, ale w sumie miejsce podobne do dwóch poprzednich. Okolica ta jest zagłębiem wydobycia ropy naftowej, kotlina rozszerzyła się znacznie, góry wyglądają bardziej na przedgórze, to najbardziej na wschód wysunięty punkt naszej wyprawy... dalej można pojechać w stronę niziny mołdawskiej lub bardziej na południe - nad Morze Czarne. Wypadliśmy z kolejnego zakrętu Karpat :) więc trzeba znowu wracać w góry. Wracamy obierając kurs na zachód - do Braszowa (Brasov). Droga robi się coraz bardziej pofałdowana, pojawiają się prawdziwie górskie krajobrazy, podjazdy i zjazdy. Dość męczący jest podjazd na przełęcz Oituz. Na mapie nie wygląda ona groźnie, ale nie jest łatwo, do tego dochodzi upał. Przełęcz jest całkiem fajna, spokój tu, nie ma żadnego sklepu czy baru. Szybki zjazd i po jakimś czasie docieramy do miasta Targu Secuiesec z ładną starówką. Można się tu poczuć jak na Węgrzech, czysto, porządek, w sklepach mowa węgierska, napisy dwujęzyczne, pomniki węgierskich bohaterów. W jednej z mijanych wcześniej miejscowości dogania nas młody człowiek na rowerze szosowym, zna angielski więc rozmawiamy sobie jadąc tak ładny kawałek drogi. Kolega ma znajomych z Polski, także lubi turystykę rowerową i opowiada o swoich wyprawach. Sympatyczne spotkanie, mijając się we wiosce pozdrowiliśmy się, a zechciało się mu pojechać za nami specjalnie by chwilę porozmawiać. W okolicy Targu Secuiesec znowu opuszczamy góry, kolejny raz przebiliśmy się przez Karpaty i jesteśmy w rozległej kotlinie. Wokół pola i pastwiska, nie widać lasu więc znowu trudno znaleźć miejsce na nocleg. Po kilku próbach opuszczamy główną drogę we wiosce Ozun, po węgiersku zwanej Uzon i kierujemy się w dość wyboistą z początku drogę prowadzącą do odległego o kilkanaście km monastyru, rozbijamy się nad rzeką zaraz za wioską. Daleko na południu widać zarysy wysokich gór. Dystans dzienny: 150km.

18.06.2004

Rankiem zbieramy się w trasę. W planie jest zwiedzanie Braszowa. Do miasta jakieś 30km jazdy ruchliwą drogą. Braszów (Brasov) to duże miasto z ładną starówką, bardzo fajne miejsce.

W serwisie rowerowym reperuje się szwankujące od pewnego czasu koło Witka. Zwiedzamy miasto, robimy zakupy, posilamy się, fotografujemy, odbieramy rower z warsztatu i jedziemy w stronę miejscowości Fogaras. Wyjazd z miasta główną i bardzo ruchliwą drogą. Po drodze pokonać trzeba przełęcz Persani 635m n.p.m., a dalej teren się wypłaszcza. Fogaras - krótki przystanek i pierwszy większy kryzys kolegi z ekipy, jeden z barów w Braszowie podejrzewany jest o próbę otrucia go :) Problemy związane z tym zatruciem dopiero się zaczynają, a po lewej już widać mur wysokich gór Fogaraskich. Znajdujemy bardzo fajne miejsce na nocleg - obrzeże pola - z widokiem na Fogarasze. Dystans dzienny: 120km.

19.06.2004

Ruszamy w stronę gór, początkowo główna szosą, a następnie skręcamy z doliny rzeki Olt (ponownie spotykamy ją na trasie) w lewo na drogę transfogaraską nr 7c do Cartisoary.

Za skrzyżowaniem znaki informują o zamknięciu tej drogi, można dojechać tylko do pewnego miejsca. Według mapy szosa czynna jest tylko w lipcu i sierpniu. Jedziemy bo jest to niewątpliwa atrakcja i wyzwanie. Podjazd o długości 35km z wysokości ok. 500m n.p.m. na 2040m n.p.m.. Pogoda piękna, powietrze przejrzyste, zapowiadają się bardzo ładne widoki. Droga w istocie jest bardzo widowiskowa, sporo miejsc mocno eksponowanych, u podnóża mijają nas samochody z nartami i snowboardami na bagażnikach, a tu wybitnie letnia pogoda jak na razie. Im wyżej tym ciekawsze panoramy, nachylenie dość duże na całej długości podjazdu, ciągle pod górę. Podtruty kolega ma więc o wiele ciężej, ale z zacięciem zawodowca jedzie do góry. Jadąc tempem turystycznym bardzo wolno ubywa kilometrów do celu, ale za to widoki są naprawdę niespotykane. Z wielu miejsc widać skalę i trudność w wytyczeniu i zbudowaniu takiej drogi.

Dziś pewnie nikt by się na coś takiego nie zdecydował, ale w czasach komunizmu nie było to widocznie problemem. Po drodze oglądamy między innymi wodospad Balea Cascada, fajne są pozostałości zimy w postaci małych lodowczyków o całkiem sporej grubości. W letnich warunkach jest to pewna atrakcja i zarazem chłodniejsze miejsce. Na całej trasie sympatyczne pozdrowienia od kierowców i motocyklistów. Dla tych ostatnich droga do Balea Lac to także spora atrakcja. W końcu docieramy do najwyższego punktu tej wyprawy. Balea Lac - jezioro w zagłębieniu na wysokości 2030m n.p.m., do zdjęcia zbytnio nam nie pozuje bo jest jeszcze zamarznięte, nieopodal powstało małe miasteczko namiotowe, w którym mieszkają narciarze i deskarze, na zaśnieżonych stokach kwitnie narciarstwo.

W pobliżu jest też oblegane schronisko. Postanawiamy poszukać mniej zatłoczonego miejsca na biwak, próbujemy przejechać przez tunel wykuty na wysokości ponad 2000m n.p.m. w poprzek głównej grani Fogaraszy, która w tym miejscu ma około 2400m n.p.m.

Przed wjazdem do tunelu ponownie znaki zakazu. Z całym posiadanym oświetleniem wjeżdżamy do ciemnej dziury. Oświetlenie tunelu jest chyba załączane tylko gdy droga jest otwarta, teraz całkowite ciemności panują zaraz za wjazdem, wewnątrz jest zakręt więc po chwili nie widać żadnego wylotu z tunelu, w pewnym miejscu napotykamy nierówności pokryte lodem, trzeba kawałek prowadzić rowery. Przez tunel przeprawiają się pojedynczo samochody terenowe, dzięki temu od czasu do czasu mamy dodatkowe oświetlenie. Za tunelem pusto, nie ma ludzi, a widoki równie piękne, zjeżdżamy kawałek ponad przepaściami do odrobinę równiejszej hali. Miejsce bardzo ładne, w widokach, przyrodzie i temperaturze czuć wysokogórski klimat, zakładamy więc tutaj obóz. Ciągle utrzymuje się wspaniała pogoda choć wysokość sprawia, że jest naprawdę zimno, do zmroku mamy też wspaniałe panoramy Fogaraszy i głębokiej doliny rzeki Arges. Obok obozu pasą się przez nikogo niepilnowane konie. Dystans dzienny: 59km.

20.06.2004

Ranek na naszym wysokogórskim biwaku zapowiada znowu piękny dzień. Po śniadaniu rozpoczynamy długi zjazd do doliny. Droga jest bardzo widowiskowa i eksponowana, po drodze ładny wodospad i liczne serpentyny. W dole jedziemy wzdłuż brzegów jeziora zaporowego Vidraru, to całkiem sporo kilometrów zjazdów i podjazdów. W końcu docieramy do zapory - to najwyższa zapora w Rumunii, ma wysokość 166 m i robi duże wrażenie, podobnie jak widok z jej korony na zalew i ośnieżone szczyty Fogaraszy. Do Balea Lac jest stąd 55km. Z zapory zjeżdżamy w dolinę bardzo widokową drogą z licznymi serpentynami, mostami i tunelami zebranymi na krótkim odcinku. Po drodze, na wysokim wzgórzu widać ruiny jednego z zamków legendarnego hrabiego Drakuli. W Curtea de Arges robimy zakupy, a następnie przeprawiamy się przez kilka niewysokich grzbiecików do Ramnicu Valcea. Góry są niewielkie, ale pogoda i droga wyjątkowo dokuczliwe... jest strasznie gorąco, a droga nie obfituje w serpentyny łagodzące nachylenie. Mijamy centrum Ramnicu Valcea i jedziemy w górę rzeki, to ponownie Olt. Jedziemy w stronę Przełomu Czerwonej Wieży.

Niestety, do przełomowego odcinka rzeki docieramy dość późno i nie ma dobrych warunków do robienia zdjęć. Można jednak podziwiać bardzo ładne widoki... na pewno byłyby piękniejszej przy lepszym oświetleniu. Na nocleg zatrzymujemy się w jednej z bocznych dolinek, bardzo niedaleko od drogi i przełomu. Nad obozowiskiem górują wysokie skały i strome, zalesione zbocza gór. Dystans dzienny: 149km.

21.06.2004

Rankiem zwijamy się szybko bo deszcz wydaje się nieunikniony. Profilaktycznie chowamy się na pobliskiej stacji benzynowej, po czym następuje gwałtowna burza. Niestety, okazji do fotografowania znowu nie ma. Ruszamy gdy deszcz znacznie słabnie, szosa jest mokra, ale powoli się wypogadza. W końcu opuszczamy bardzo ruchliwą drogę nr 7 i skręcamy do Brezoi. Pogoda się szybko poprawia, robi się gorąco, a droga stopniowo się podnosi. Ciągle podziwiamy piękne widoki, góry, góry, góry i malownicze górskie jeziora zaporowe. Po wielu kilometrach podjazdu doliną rozdzielającą góry Lotru i Capatani docieramy do miejscowości wypoczynkowej - Voineasy. Posilamy się i dalej jedziemy pod górę, długi i dość stromy podjazd kończy się na wysokości 1593m n.p.m.. To przełęcz Curmatura Vidrutei. To dopiero przełęcz, a już jesteśmy wyżej niż sięga np. szczyt Pilska. Z przełęczy rozciąga się piękna, rozległa panorama. Następnie zjeżdżamy do położonego nieco poniżej zaporowego jeziora Vidra i objeżdżamy je praktycznie nieuczęszczaną drogą, otacza nas surowa, górska przyroda. Docieramy do malowniczo położonego schroniska Obirsia Lotrului niedaleko skrzyżowania kilku dróg odchodzących w pobliskie góry. Przy schronisku przerwa na piwo i słodycze, a później kolejny podjazd wyboistą, terenową drogą na przełęcz Groapa Seaca (1598m n.p.m.).

Na przełęcz docieramy na krótko przed zachodem Słońca, w lesie słychać jeszcze pracujących drwali, po chwili pojawia się samotny motocyklista. Okazuje się, że pochodzi z Niemiec i wyruszył z Petrosani na wycieczkę do przełęczy. Jest mocno zaskoczony, że na takim odludziu, w obcym kraju spotyka rowerzystów z niedalekiej Polski. Rozmawiamy, wymieniamy wrażenia z podróży, robimy pamiątkowe zdjęcia, pozdrowienia i po chwili zostajemy sami, kolega wraca do Petrosani, a my znajdujemy sympatyczne miejsce gdzie rozbijamy obóz. Dystans dzienny: 94km.

22.06.2004

Ranek jest chłodny, ale pogodny. Tomek i ja wymieniamy klocki hamulcowe, w sumie góry się kończą, a specjalnie kupione na tą wyprawę klocki nie mogły się wykazać. Z drogi poniżej przełęczy roztacza się piękny widok na głęboką dolinę Jiet, ośnieżone dwuipółtysięczniki gór Paring, a daleko na zachodzie wystaje ponad chmury postrzępiony masyw Retezatu. Zjazd w dolinę Jiet wydaje się bardziej stromy niż wczorajszy podjazd na przełecz, ale odświeżone hamulce działają bardzo pewnie. Po drodze wspaniałe panoramy Paringu. W dolnej części dolina zmienia się w wąski i głęboki wąwóz, droga wije się wśród skalnych ścian. Bliskość górskiego potoku, zacienione miejsca i wodospady sprawiają, że w wąwozie panuje bardzo fajny chłodek. Za wąwozem teren się wypłaszcza, z jednego z pagórków widać w oddali wapienne skały gór Sureanu. Widoki przypominające nieco te znane z Jury Krakowsko-Częstochowskiej i Dolinek Podkrakowskich. Wkrótce dojeżdżamy do Petrosani, to całkiem spore miasto górnicze, nie wygląda zbyt uroczo więc nie zatrzymujemy się tu na długo, jedziemy w stronę miasta Hateg. Upał robi się niemiłosierny gdy wdrapujemy się na przełęcz Banita (759m n.p.m.). Po drodze uzupełniamy wodę z wapiennego źródła i ciągle podziwiamy widoki, po prawej stronie góry z pięknymi formami skalnymi, wapienny wąwóz, a po lewej niedaleki, wysoki masyw Retezat.

W Hateg opuszczamy główną drogę i skręcamy w stronę miasta Caransebes. Po lewej stronie widać niedaleki Retezat, po prawej znacznie niższe pasmo Poiana Rusca. Żar z nieba i pojawiające się wielkie chmury zapowiadają burzę. Faktycznie, wkrótce zaczyna silnie wiać, chmury gęstnieją i zaczyna kropić deszcz. Przeczekujemy chwilę na przystanku autobusowym, ale w końcu jedziemy dalej bo deszcz nie zmienił się w wielką ulewę. Hamulce, choć sprawdziły się w rano w górach, teraz na dość łagodnym podjeździe dają znać o sobie. Obręcz lekko dobija do klocków, co trochę hamuje i po dłuższym czasie przyspieszyłoby pewnie zmęczenie. Nie chcę się babrać w takim upale więc bardzo skutecznym i szybkim rozwiązaniem okazuje się odłączenie jednego hamulca. Teren nie jest trudny, droga równa więc brak hamulca nie stanowi większego problemu. Rozpoczyna się kolejny podjazd, tym razem będzie to przełęcz Poarta de Fier Transilvanici. Chociaż jest bardzo wczesne popołudnie postanawiamy poszukać tu miejsca na nocleg.

Dalej mogą być problemy ze znalezieniem miejsca bo już ostatecznie wyjeżdżamy z gór na tereny rolnicze. Sympatyczne miejsce udaje się znaleźć nieco powyżej przełęczy.

Dystans dzienny: 100km.

23.06.2004

Rano pamiątkowe zdjęcie na ostatnim górskim biwaku i ruszamy w dolinę, do Caransebes.

Zjazd doliną liczy chyba ze 30km. W Caransebes robimy zakupy i chowamy się w cieniu drzew w centrum miasta. Z Caransebes 44km szosowy odcinek do Lugoj gdzie robimy kolejny odpoczynek od upału. Z Lugoj zostaje 60km do Timisoary. Droga prowadzi wśród pól, drzewa przy drodze nie uświadczysz, a upał wciąż straszny. W Recas kupujemy sprzedawane tu na każdym kroku wino. Do Timisoary docieramy około godz. 17-18. To duże miasto z ładnie utrzymanym starym miastem, odpoczynek po długiej, męczącej trasie i zwiedzanie miasta. Wyjeżdżamy za granice miasta szukać miejsca na nocleg, ale nigdzie nie widać choćby małego zagajnika. W końcu lądujemy w czymś co wygląda jak plantacja lub szkółka topoli - regularne rzędy kilkumetrowych drągów (a może to wierzba energetyczna). Uważając żeby niczego nie zniszczyć rozkładamy namiot, na zakończenie upalnego dnia wypijamy kupione wino i zostajemy na noc.

Dystans dzienny: 168 km.

24.06.2004

Rankiem zbieramy się w drogę do Aradu, to już niedaleko bo około 55km. Teren z idealnie płaskiego robi się trochę bardziej urozmaicony. Arad zwiedzamy kręcąc się po mieście, a potem ruszamy w stronę przejścia granicznego Turnu - Battonya. Po chwili stawiamy się tam do odprawy. Formalności przebiegają błyskawicznie i wjeżdżamy na terytorium Węgier. W przygranicznej miejscowości Battonya kupujemy forinty w bankomacie i jedziemy do kolejowej stacji granicznej Lokoshaza. Niecałe 30km w Słońcu po płaskim jak stół terenie, który choć monotonny i w całości pokryty uprawami też ma swój senny urok. Na stacji okazuje się, że pociąg, którym można bez przesiadki dojechać do granicy ze Słowacją właśnie stoi na peronie. Zakup biletów to całkiem ciekawa przygoda bo nie bardzo udało się znaleźć wspólny język jakim moglibyśmy dogadać się z kasjerką. W końcu mamy bilety, ale pociąg odjeżdża.

Nie planowaliśmy wcześniej nim jechać więc zasiadamy w cieniu i przy piwie czekamy 2 godziny na kolejny pociąg o 18:30. Z przesiadką dostajemy się do Budapesztu na dworzec Keleti. Pociąg do stacji Komarom na granicy węgiersko - słowackiej odjeżdża z dworca Deli. Jest już całkiem ciemno więc czeka nas nocny przejazd przez centrum Budapesztu. Ruch nie jest duży i jedzie się bardzo przyjemnie, w godzinach szczytu byłoby pewnie znacznie trudniej przeciskać się między tysiącami samochodów. Z mostu na Dunaju piękne widoki na rozświetlone miasto, wysoko nad miastem oświetlony monument, bodajże na górze Gelerta. Niestety ponieważ nie wiemy dokładnie ile czasu zajmie nam przejazd przez miasto nie zwiedzamy tylko szukamy dworca Deli. Bardzo przydają się foldery, które dostaliśmy na granicy ukraińsko - węgierskiej na początku wyprawy. Jadę trzymając mapkę przed lampką rowerową :) Na dworcu okazuje się, że mamy jeszcze trochę czasu, koledzy poszli na zakupy, a ja pilnuję dobytku. Przed godziną 23 odjeżdżamy w kierunku granicy. Dystans dzienny: 105km.

25.06.2004

Koło północy wysiadamy w Komarom, przejeżdżamy graniczny most na Dunaju i jesteśmy w Komarnie, to już Słowacją. Granica praktycznie nie istnieje. Czekamy na stacji na pierwszy pociąg. Rankiem jedziemy autobusem szynowym do stacji Bratislava Vinohrady. Zakupy i przesiadka na pociąg w stronę Żyliny. W Żylinie znowu przesiadka, wydajemy w mieście resztę słowackich koron. Przez Czadcę docieramy do stacji Skalite. Stąd już ostatni górski odcinek naszej wyprawy do Zwardonia. Na granicy pamiątkowe zdjęcie, a po chwili wsiadamy do pociągu z wagonem rowerowym, który już stoi na peronie i jedziemy do Katowic. W Katowicach wysiada Witek, a ja z Tomkiem przesiadamy się na pociąg do Gliwic. Około godziny 19 zaliczamy jeszcze przejazd przez miasto i meldujemy się w domach. Dystans dzienny: 25km. Koniec wyprawy.

PODSUMOWANIE

Wyprawa trwała 17 dni łącznie z dojazdami, przejechaliśmy na rowerach ok. 2051km, trasa przebiegała głównie w terenie górskim, najwyższy punkt wyprawy to Balea Lac 2040m n.p.m. Zaliczyliśmy wiele przełęczy o wysokości poniżej 1000m n.p.m., kilka powyżej 1000m n.p.m. (ok. 1100-1200m n.p.m.: Ghimes, Borsec), w tym Prislop 1416m n.p.m., 2 przełęcze prawie 1600m n.p.m. i niezliczoną ilość mniejszych grzbietów i przełęczy, które nie były nawet zaznaczone na mapie, a całkiem mocno dały w kość. Wyprawa pozwoliła na podziwianie wspaniałych widoków każdego dnia, biwakowanie w miejscach, które nam się podobały, gotowanie w plenerze i uniknięcie zatłoczonych kurortów. Impreza była bezpieczna i bardzo udana, a przez organizację i realizację we własnym zakresie koszty były znacznie mniejsze, a swoboda większa niż w przypadku jakiegoś zorganizowanego obozu. Podróż powrotna pociągami trwała ok, 24h, przebiegła całkiem sprawnie i tanio, składała się z około 10 odcinków bowiem podróżowaliśmy pociągami lokalnymi. Przewóz rowerów kolejami węgierskimi i słowackimi jest o wiele wygodniejszy i przyjemniejszy niż podróże w naszym kraju. Węgry pokonać można błyskawicznie gdyż pociągi jeżdżą tam często i bardzo szybko.

Z Bratysławy jechaliśmy w eleganckim i wygodnym wagonie rowerowym, gdzie za symboliczną dopłatą zostawiliśmy rowery i bagaż w oddzielnym, zamykanym przedziale pod stałą opieką pani konduktorki. Pewien plus dla PKP to nowiutki wagon rowerowy jakim wracaliśmy ze Zwardonia. Wagon do przewozu rowerów jakim jechaliśmy z Gliwic do Zagórza jest oczywiście udogodnieniem, ale nikt nie wie dlaczego zaspawane są w nim centralne, szeroko rozsuwane drzwi i rowery trzeba przeciskać przez wąskie drzwi na początku wagonu... oczywiście po wcześniejszym zdjęciu bagażu :)

No!

W końcu wielki sukces... po prawie 2 miesiącach od wyprawy udało mi się dokończyć relację :)

I to na razie tyle w pierwszej i jedynej póki co spisanej relacji z tej wspaniałej wycieczki.



Strona główna