Ogniste rydwany w Rumunii czyli kolejna bajka o górach.
Oto bowiem Carpaţii Occidentali, Carpaţii Orientali, Carpaţii Meridionali i Transilvania.


26.06-12.07.2009


Część pierwsza

Przed startem.

Oto kolejny tom bzdurzeń i bajdurzeń zmutowanego okazu gatunku Homo Sovieticus.
Tradycyjnie będzie tu tylko tekst...bo zdjęcia już od dawna wyłożone są tutaj.
Jest też strona, na której podano kilka innych informacji uzupełniających tekst i obrazy.
Przed tym startem było kilka innych startów, ale tak się nieszczęśliwie układało w tym roku, że było ich niewiele. 
Coś mało się kręciło rowerem, ale co tam...jakoś się wystartuje, zawsze się jakoś udaje :)
Być może tym razem też się udało bo oto już kolejny rok trwa. Noc z 2 na 3 styczeń 2010r.
Za oknem zupełnie niespotykany o tej porze roku nawrót zimy, śnieg pada i nawet niewielki mróz trzyma.
Pora więc cofnąć się o więcej niż połowę roku, do początków lata roku 2009, dni upalnych i burzowych.
"Oto rydwan ognisty i konie ogniste pojawiły się nagle, a Eliasz wśród burzy wstąpił do nieba".
Nawet różnej maści te burze były, klimatyczne i medialne...
Bo oto mamy piątek, 26.06.2009 - dzień wyjazdu, ale i do spędzenia 8 godzin w pracy przeznaczony. Rankiem podjeżdżam więc(samochodem) pod siedzibę firmy. Gdy tak skradam się polując na miejsce parkingowe przegwarzam krótko z kolegą, któremu łowy już się udały.
Cześć! Słyszałeś? Majkel nie żyje. Hm,tak? No to nie słyszałem...
Wkrótce włączam komputer i już wszystkiego się dowiaduję, oto w mediach burza potężna gdyż odszedł Król Popu. Cóż, jako nadzwyczaj słaby lub wręcz żaden fan tego gatunku sztuki i tak żałuję bo jednak umiał gościu porywać miliony...więc widocznie nie bez przyczyny.
No i w ogóle wieść to niezbyt miła, że ktoś odszedł... W naszej okolicy chyba też na burzę się zbierało...jak to w lecie.
Teraz rydwan - ujrzał go już każdy kto kliknął w tytułowy link.
A wątek "Eliasza, proroka dosiadającego ognistego rydwanu, który nie pozwalał chmurom zasłaniać nieba, a którego słowa były jak pochodnia"???
Hm, nie dał się Eliasz uwiecznić tym razem, ale chmurom nieba zasłaniać dzielnie zakazywał w czasie naszej tułaczki.
My nie Eliasze lecz wyjazd w góry do nieba przybliża, bo przecież gadają, że to bliżej niebios niż niziny. No dobra, dość już męczących skojarzeń z pradawnymi dziejami, których wcale tak dobrze nie znam :)
Słowo My powyżej oznaczało liczną grupę podróżniczą, która w góry ruszyć zdołała. Grupę ową współtworzył Pan Tomek, znany z innych opowieści i...ja :)

Dlaczego znowu do Rumunii?? Tak jakoś wyszło...względnie blisko i względnie tanio. W sam raz na wyprawę w czasie światowego kryzysu.

W pracy jak to w pracy lecz zbyt wiele się zrobić nie udało bo to i piątek i wyjazd za pasem...W domu prawie jak zwykle, obiad i kolejne, nie do zliczenia już, przepakowanie bagażu. Może coś dodać??Eeee,nie...ciężko będzie, lepiej wyrzucić...ale co? I tak w kółko ;) Symboliczny wystrzał startera uzgodniono na wczesne godziny wieczorne.

Tak się też dzieje, pojawia się złota karoca i do niej się wpakowuję ze swym rydwanem. Silnie zanosi się na burzę co to już od rana się na nią zanosiło...
Pa pa, oddalamy się od betonowego osiedla, które szczęśliwie zaopatrzono w bujną zieleń.

No to pojechali!

Jeszcze jechali.

Postanowiliśmy zasknerzyć tj. dojechać na miejsce bez dodatkowych opłat. To znaczy, że nie tkniemy autostrad i innych płatnych dróg na terenie Polski, Słowacji i Węgier. Inna sprawa, że takie drogi i tak nie układają się w sprzyjający nam ciąg...
Mkniemy zatem przez Oświęcim i Wadowice do wspaniałej "Zakopianki". Gdy przed Wadowicami dopadamy widowiskową burzę robi się bardzo ciemno. Dalej coś jakby poprawa pogody, gnamy przez Nowy Targ i Białkę Tatrzańską do Jurgowa by tam opuścić polską krainę. Okrążamy Tatry Bielskie słynną słowacką magistralą by wkrótce puścić się z niej gwałtownie w dół, w kierunku miasta Poprad.
Dalej, obierając drogi nr 67,66 i 531 przebijamy się dolinami i przełęczami przez skraj Niżnych Tatr i pasmo Murańskiej Planiny by dotrzeć do miasteczka Rimavska Sobota. Tam kluczymy po ciemnych zakamarkach by trafić na wylot drogi nr 531. Jest już późna noc, jest zupełnie pusto i ciepło, gnamy przez pustkowia pogranicza słowacko-węgierskiego, z rzadka usianego cygańskimi osiedlami. Wkrótce jesteśmy już na terytorium Węgier i kierujemy się drogą nr 26 do Miszkolca. Tam trzeba wymigać się od autostrady i odnaleźć lokalne drogi nr 3 i 35 by dotrzeć do Debreczyna. Węgry, kraj zdecydowanie nizinny, płaskie pola i pastwiska ciągną się dziesiątkami kilometrów, z oddali jedynie widać samotny stożek góry Tokaj. Jednak dziś po wino nie wstąpimy. O świcie przeprawiamy się mostem przez Cisę by wkrótce zapaść w sen gdzieś w przydrożnej zatoczce. Po tym krótkim odpoczynku zrywamy się w dalszą drogę. Jeszcze wczesnym rankiem napadamy na bank w śpiącym jeszcze Hajdúböszörmény. Podejmujemy gotówkę z bankomatu i uchodzimy bezpiecznie, nie niepokojeni przez nikogo. Wkrótce pojawiamy się w Debreczynie i tam obieramy kierunek do Vekeri-tó, co po węgiersku oznacza jezioro Vekeri. Niedaleko to jest więc i docieramy tam po kilkunastu chyba minutach. Wcześnie jest, za wcześnie i musimy poczekać na pracownika recepcji by dopełnić formalności i pozostawić wóz na parkingu campingowym. Wszystko już wcześniej uzgodniliśmy drogą e-mailową więc czekamy. Wyczekiwany pracownik okazuje się być młodym jegomościem, wypełniając formalności mówi, że pogoda nie jest ostatnio zbyt łaskawa i właściwie to prognozy także nie są dobre. No, ale trudno, musimy wyruszyć bez względu na warunki...no, przynajmniej póki nie nastąpi klęska żywiołowa :) Poza tym czuwa przecież pradawny Eliasz co to z chmurami skutecznie walczył. Sprzęt już gotowy do drogi, śniadanie zjedzone podczas wyczekiwania...czas ruszać. Jeszcze tylko Pan wychodzi z biura by przypomnieć, że węgierskie prawo każe rowerzyście zakładać kamizelkę odblaskową na siebie, a nie na bagażnik jak to zwykle czynię i tym razem też uczyniłem :)

27.06.2009. Klimaty.

Ubieramy więc kubraczki i bezpiecznie się oddalamy. W pewnym momencie Tomek zauważa brak okularów na nosie i wraca po nie w pobliże samochodu, gdzie prawdopodobnie zostały. Czekam przy drodze, kompan wraca bez okularów jednak. Okazało się, że nie czekały przy samochodzie, a podstępnie spadły z rowera na drogę, przy wjeździe na camping. Oczywiście padły ofiarą jakiegoś Węgra pędzącego tamtędy swym pojazdem :) Szkoda, bo okulary ochronne są bardzo przydatne do osłonięcia oka przed kurzem i licznymi owadami. Ranek jest ciepły i wilgotny, przemykamy przez senne, zalesione tereny węgierskiej puszty. Gdzieś po drodze Tomek stwierdza brak powietrza w kole...stajemy więc na serwis obserwując nieuchronność burzy, która musi się wysypać z gęstniejących szybko chmur. Nawet coś kropi z nieba... i na tym poprzestaje. Docieramy do przejścia granicznego w Nyírábrány. Funkcjonariusz graniczny pyta o to i owo. Po chwili jesteśmy już w Rumunii. Teren bardzo podobny jak i przed granicą, ale już da się odczuć zupełnie inny klimat tych stron. Pojawiają się furmanki ,droga usłana jest bydlęcymi plackami, swojsko jest :)) Pierwsze miasteczko na trasie to Valea lui Mihai. Tu także napadamy na miejscowy bank pobierając leje z elektronicznej ściany. W sklepie Tomek nabywa fantastyczne okulary ochronne...takie jakich używają kosiarze czy też inni robotnicy.
Za sprawą jakiejś tajemniczej siły pogoda się poprawia gwałtownie, chmur ubywa i robi się piekielnie gorąco. W takich warunkach przemierzamy coraz bardziej pofałdowaną równinę pokrytą kolorowymi połaciami pól uprawnych. Wcześniej z ulgą opuszczamy ruchliwą szosę prowadzącą do Satu Mare i zagłębiamy się w rolniczą krainę...o dziwo, całkiem przyzwoitymi dróżkami lokalnymi. Skwar jest dokuczliwy, ciężko się jedzie, w oddali widać zarysy górskich pasm...tam zmierzamy.
Droga prowadzi przez liczne wioski i kilka miasteczek, pagórkowatość się wzmaga, ładnie to wszystko wygląda. I tak jadąc raz z góry, raz pod górę, pokonujemy 145km na dwóch kółkach, niezła rozgrzewka. Wieczór zastaje nas w okolicach miasta Zalau. Trochę zachodu kosztuje znalezienie odpowiedniego miejsca na biwak lecz w końcu wdrapujemy się na wzgórze, gdzie wkrótce rozbijamy obóz w ładnym lesie. Wzgórze nasze nie jest jedyne w okolicy, znaleźliśmy się bowiem w bezpośredniej bliskości gór Şes i Meseş.

28.06.2009. Wreszcie góry.

Noc mija spokojnie, wstajemy całkiem późno jak na reżim wyprawowy i zapowiadające się upały. Niedaleko mamy do Zalau więc jedziemy tam obejrzeć co jest do obejrzenia podczas krótkiej wizyty. Miasto to słynie z leczniczych wód mineralnych więc trzeba też zdrowy łyk wykonać. Jest akurat niedziela więc ruch na drogach niewielki, łatwo się przemieszczać na rowerze. Zatrzymujemy się na placu gdzie obficie woda się leje, w pobliżu pobłyskuje dach cerkwi,a po ulicach niesie się mocny śpiew cerkiewny. Zamierzamy jechać do miejscowości Jibou. Stosowna droga wymaga by wrócić ok.2-3km od centrum Zalau, jednak dostrzegamy drogowskaz kierujący do Jibou jakąś inną drogą. Według rumuńskiej kolorystyki nieoczekiwana droga ma status lokalny więc ruszamy za znakiem, z obawą o jakość drogi. I bardzo dobrze, że tam pojechaliśmy...stromy podjazd wyprowadził nas błyskawicznie z miasta i wprowadził w góry. Piękne widoki i piękna pogoda. Ruch praktycznie zerowy na całej trasie. Jibou mijamy bokiem. Potem jedziemy kawałek dość ruchliwą szosą, po drodze robimy popas na kolejowej stacyjce. Z bułką, kiełbasą i piwem podziwiamy rumuński skład, który właśnie się pojawia, a potem odbijamy w boczną drogę i pięknymi, górskimi dolinami docieramy do miasta Dej. Tu zakupy, kolejny popas i próbujemy przeczekać kolejną "pewną" burzę, jednak kręci się ona wśród gór i chyba nas nie dopadnie. Ruszamy więc bo czas już wysoki by o biwaku myśleć. Korzystając z silnego wiatru "w plecy" szybko pokonujemy chyba ze 20km docierając w okolice Beclean. Teren nie sprzyja biwakowaniu, szukamy więc dalej. W pewnym momencie trzeba jednak powiedzieć stop! Robi się późno, zostawiam rower przy drodze i wspinam się polną drogą na wzgórze. Wzgórze pokrywa sad, ale jakiś wymarły on, może za sprawą mrozu. Wracam do Tomka i po chwili pchamy ciężkie rydwany pod górkę. Zostajemy w sadzie, podziałka między drzewami akurat pozwala na wygodne ustawienie namiotu. W oddali majaczą wysokie góry...na północy Muntii Rodnei zwane też Alpami Rodniańskimi,a nieco na wschodzie pasmo Kelimeńskie. Krzątamy się jeszcze chwilę lecz wkrótce zapadamy w sen. Tego dnia na liczniku przybyło ok.130km.

29.06.2008. Cyrkowa droga.

Ranek nieco pochmurny. Sprowadzamy rowery na drogę i ruszamy ociężale. Poruszamy się w górę Wielkiego Samoszu (Someşul Mare),a następnie Sălăuty, też w górę :) Tym sposobem wbijamy się głęboką doliną pomiędzy Munţii Ţibleş i Munţii Rodnei. Po drodze krótkie straszenie burzą, nie przerywamy jednak jazdy i licho samo odchodzi. Okolica już w pełni górska, bardzo ładna, bardzo zielona. Gdzieś tam mijamy grupkę motocyklistów na poboczu, motory z polskimi tablicami rejestracyjnymi...nasi dotarli i w te głuche ostępy. Dociera tu też jakaś linia kolejowa, nie wiem czy czynna bo akurat nic nie jechało, a pewnie bardzo widokowa to trasa. Będąc już daleko za ostatnią wioską rozpoczynamy podjazd na przełęcz. Zaczynają się serpentyny i z daleka słychać jak z pochyłościami zmagają się ciężkie pojazdy. Rumunia to kraj górzysty, nie dziwi nas fakt, że ciężarówki rączo pomykają stromymi traktami. Tym razem napotykamy jednak na dziwny konwój, wozy i długie zestawy ciężarowe wolno zsuwają się z przełęczy. Jednym z tirów zawodowo powozi kobieta. Tak oto mijamy się w górach z konwojem cyrkowym. Pokonanie kilku serpentyn pośród nieustająco pięknych widoków wyprowadza nas na przełęcz Setref. Siodło to rozdziela województwa Bistriţa-Nasăud i Maramureş. Zatrzymujemy się na dłuższą chwilę bo jest tu czynny barek obfitujący w piwo, jest też dość ludnie, chyba jakieś święto bo młodzież w strojach ludowych ćwiczy na pobliskiej scenie. Odpoczywając w cieniu, a jakże, w cieniu samochodu Dacia popijamy piwko, obserwując występy i podziwiając urokliwą panoramę. Przedstawiciel władz nie zwraca uwagi na nasz pogardy godzien proceder :) Z przełęczy można, ostro pod górę, wystartować np. w góry Rodniańskie, są tu wyznakowane szlaki. My jednak musimy stąd spadać...spadamy więc do krainy Maramuresz. Zjazd jest szybki, bardzo szybki, droga niezła...wiadomo, w dół zawsze lepiej niż pod górę hehe. Radość nie trwa długo bo trzeba pokonać jeszcze jeden grzbiecik by dostać się do Moisei. A grzbiecik wielki nie jest tylko jakoś ciężko było się z nim rozprawić w panującym skwarze. W nagrodę dostaliśmy za to wspaniałe widoki w ilości nieograniczonej. Przeskakujemy więc grzbiecik i jak grom, tak szybko, że nawet jakieś auto spasowało, spadamy do Moisei. To osada w dolinie rzeki Vişeu zwanej z polska Wyszowem. Byliśmy tu już 5 lat wcześniej. Obserwujemy więc spore zmiany jakie zaszły pod naszą nieobecność, rozwinął się region, rozbudował, unowocześnił...trochę uroku utracił. Dobrze znając to co od tego momentu nas czeka suniemy w górę doliny...kolejna osada to letnisko - Borşa. Także silnie się rozwinęła...pośpiesznie mijamy gwarne centrum by zatrzymać się wyżej, w przydrożnej knajpce koło serpentyn. Tu zaopatrujemy się w coś mięsnego i zapewne w piwo. Rozpoczyna się mozolny podjazd na przełęcz Przysłop (Pasul Prislop 1416m npm.). Droga wije się serpentynami, wyżej i wyżej...ciągle w górę, nie ma tu chyba ani jednego płaskiego kawałka. Ale jedzie się całkiem nieźle bo wraz z upływem dnia i naborem wysokości zrobiło się chłodniej. Na jakimś wirażu machnięciem ręki pozdrawiam człowieka kręcącego się przy ulach. Jadę tam dość wolno, ale jadę. Tamten począł wołać bym wrócił. Nieee!! To straszne, każdy metr wyrwany w pocie czoła, wieczór blisko, a temu się na pogawędki zbiera :P Chyba bardzo chciał pogadać więc zawracam tracąc z 1m wysokości ;) Niezwykłym zlepkiem angielsko-niemiecko-polsko-rosyjsko-czesko-rumuńskiego udaje się zamienić kilka zdań, starszy pan spędza tu całe lato ze swoimi pszczołami. Tu też sprzedaje turystom swoje wyroby. Miód na wyprawie rowerowej jest średnio użyteczny więc niechętnie wróciłem bo i tak nie kupię dodatkowego obciążenia. Pszczelarz jednak nie jest nachalny, ot pogadać chce z "cudakiem" z Polski. Coś więc rozmawiamy, ale w świadomości mam, że już późno,a do przełęczy daleko...Mówię to i przepraszam, że tak uciekać muszę. Pan oczywiście rozumie i łapiąc się za głowe na słowa o krótkim przecież dotąd przebiegu naszej wyprawy częstuje mnie różnymi gatunkami swojego miodu. Mówi, że to dobre, dużo kalorii, dobre na góry. Tak więc posilony złotym syropem nabieram nadludzkiej mocy i gonię za Tomkiem, który jakoś uniknął miodowego przystanku. Dopędzam go kawał drogi dalej, tankujemy jeszcze wszystkie butelki wodą z przydrożnego źródła. Jest w tym samym miejscu co 5 lat temu, ale jakieś jakby słabsze. Wkrótce wciągamy się na samą przełęcz...a tu doznajemy szoku. Cóż za beznadziejna, szpetna i okropna zabudowa! Jakaś monstrualna cerkiew z betonu, kilka nowych budynków, brak starego baraku. Obok schroniska zjeżdżamy z głównej drogi i kamienistą dróżką kierujemy się w stronę pasma Marmaroskiego. Nierówną drogą podnosimy się kilkanaście metrów (oczywiście w pionie) ponad przełęcz i stajemy obozem na płaskim skrawku hali. Widoki ładne, ale ciemno się już robi i coś chmury mruczą złowrogo...Tego dnia licznik wybił ok.113km, ale za to z jakim profilem uroczym. Nim pośniemy staczamy jeszcze krótką walkę z solidniejszym umocowaniem namiotu bowiem chmura przewala się przez przełęcz, towarzyszy temu huraganowy wiatr i silny deszcz.

strona główna  następny odcinek