18-26.05.2008, Ukraina. Karpaty Marmaroskie, Góry Czywczyńskie i Czarnohora


Część pierwsza


strona główna  następny odcinek

Przedsionek lub czyściec opowiadania.

Piszą ludzie różne wspomnienia, relacje, opowiadania i inne bajania. Po co?
Nie wiem, może dla siebie by przeżyć to jeszcze raz, a może dla innych by zaciekawić bądź zanudzić... :)
 
Tu będzie tylko tekst nieczytelny, z niezbadanych głębin "czerepu" wyciągnięty, by żyło się nudniej, po obrazki można udać się niedaleko, o tutaj.
Zdjęcia są opatrzone informacją o dacie wykonania więc można będzie rozszyfrować kiedy relacja zacznie wykraczać poza granice Wszechświata :)
To opowiadanie powstało 22 grudnia 2009 ponad 1,5 roku po zdarzeniach, które przedstawia. Astronomiczną zimę 2009/2010 uważa się za rozpoczętą.
Wielka więc pora snuć plany na kolejny sezon wycieczkowy. W planach tych majaczą góry niedalekiego wschodu - Karpaty.
Są też inne góry na świecie, ale te jakoś lubię... bliskie są one geograficznie, fizycznie, psychicznie, kulturowo.
Można więc rzec: nuuuuda, znów te Karpaty.
Zatem, by wspomnienia nie pomieszały się z planami zadam sobie trud usystematyzowania, spisania postrzępionych myśli z karpackiego przejścia gór wspomnianych już w tytule bajki. Trud to niemały bo porządek i systematyka daleko dość upadły od mej natury :) Do dzieła!

Prehistoria.

Oto ja, zmutowany okaz Homo Sovieticus, wzrosły w reżimie starym i nowym, leniwy i zapracowany, odważny i tchórzliwy...powziął w końcu decyzję poważną. Trzeba ruszyć w najdalsze zakamarki Rzeczpospolitej! Znał je od dawna i od dawna się tam wybierał. Upewnił się, że numeracja Najjaśniejszej zmierza w niewłaściwym kierunku. Doświadczył kolejno: żadnej, trzeciej, czwartej i następnej - co to trudna do oznaczenia jest.   Nie jest to jednak Rzeczpospolita nr 2. A ta spod dwójki zakątki miała ciekawe, wiele ich daleko w Karpatach skrywała. To tam będą stopy nasze wędrować! Przy rozmaitych destylatach plany się krystalizowały i rozmywały wielokrotnie. W tle postępowało jednak żmudne zgłębianie tematu, praca u podstaw, praca organiczna, praca dla siebie. Internet nie miał czelności odmówić pomocy, piętno dawnego reżimu pozwoliło odczytać zaszyfrowane dziwnymi znakami depesze. Kolejny raz złamano kod Enigmy - tym razem łatwo było bo dobrzy ludzie pisali cyrylicą z zacięciem ukraińskim ;)
Przekopałem się przez wiele serwisów poświęconych stronom pogranicza dawnej RP. Temat o tyle ważki, że aktualnie żadna RP tam nie sięga, sięga natomiast Europejska Jedność zwana też Unią. Jedność żeby była jednością musi się bronić i robi to siejąc strach w okolicy swych granic. Strach wywołuje ciekawość, a ta pożądanie...żart, ale kwestie granic zewnętrznych Unii mogą być problematyczne dla przeciętnego turysty swobodnie wędrującego z plecakiem. Trzeba wiedzieć, że Unia graniczy z Ukrainą. To znaczy, że jest to granica zewnętrzna, pilnowana dość skutecznie z każdej strony. Początki homo sovietucusa sięgają mrocznych czasów PRL, a granica wtedy to nie było byle co. Głęboko zakorzeniony strach obecny jest nawet w krainie "Europy bez granic";) To chyba nie do końca jest prawda, ale niech będzie...

Koniec końców, cała wiedza została wchłonięta. Pozostało plan wykonać. O planowaniu trasy nie ma co się rozpisywać bo trasę wyznacza teren. Pójdziemy bowiem grzbietem granicznym Karpat Marmaroskich, potem grzbietem,dawniej granicznym,Czarnohory.
Ot i wszystko. Iść będziemy tak by spędzić maksymalnie dużo czasu na grzbiecie, bez schodzenia w głębokie doliny. To wymusi oczywiście ciężki bagaż targany na własnych plecach, ale jak to mawiają starzy pszczelarze: "kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma góry ten ma dość". Logistykę wyprawy rozpoczęliśmy od uzyskania zgody ukraińskiej straży granicznej na przejście w bezpośredniej bliskości granicy Ukrainy z Unią.
Dla wielu jest to zbędna komplikacja, dla nas problemem nie była, a na dodatek nic to nie kosztowało. Wystukałem cyrylicą tekst faksu do stosownych służb. Staszek, kolega z pracy, tekst zredagował, wyjaśnił kwestie adresata i pozostało czekać na decyzję. Później łatwo sobie z wojskiem poradził bowiem przyjechał kiedyś z Ukrainy. Decyzja zapadła korzystna dla nas. A my to Pan Tomek - od lat mój kompan i ja, ot i cały skład wielkiej wyprawy. Przed rozpoczęciem wędrówki mamy się zameldować w strażnicy zwanej tam zastawą by dopełnić formalności.
Jedźmy! Nikt nie woła!

Wyjazd, przejazd, dojazd, pojazd...

Teleport autem Tomka, bo mniej wiosen niż moje liczy. Plan jest prosty: lecimy do słowackiego miasta Michalovce, łapiemy autobus do Użhorodu, potem coś na Rachów i już. Nagle,wot i prabliema jest! Kompan powraca z dalekiej delegacji bo aż spod Szczecina, a jechać trzeba dość daleko. Nie dajemy zarobić zarządcy autoulicy A4, jedziemy górską trasą przez Wadowice-Jordanów-Nowy Sącz-Grybów-Konieczną-Svidnik-Stropkov. Zmieniamy się za kierownicą. Na terytorium Słowacji mam trochę cykora prowadzić...wszędzie upatruję policjanta, który z miejsca odświeży mi pamięć tego czy owego zaniedbania w płatnościach :P Jednak docieramy bezpiecznie na miejsce. Auto zostaje na hotelowym parkingu, a my zajmujemy miejsce na przystanku skad ma nas podjąć autobus. Jest wczesny ranek, pogoda niezła, autobus podjeżdża i odjeżdża...my zostajemy :PP; nie chcą nas...znaczy się autobus już zapełniony, a "na stojaka" ponoć nie da rady przez tą granicę. Zwiedzając miasto człapiemy na dworzec - to poprzedzający przystanek więc szansa, że tu się uda. Czekamy trochę i pojawia się kolejny autobus. Sprawny załadunek i jedziemy. Coś tam z naszych danych spisano. Granica. Kierowca wymienia papiery z pogranicznikami. Nie trwa to nawet bardzo długo i jedziemy dalej. Po chwili Użhorod. W mieście drogi nabierają typowo ukraińskiego standardu, ruch spory, gwar jak w ulu. Krótko włóczymy się po centrum, wymieniamy pieniądze, coś przegryzamy, kupujemy bilety na dalszą podróż. Dyliżans powiezie nas do Rachowa przez Mukaczewo, Chust i Tiaczew.
Pojazd okazuje się dużym autobusem, chętnie zabiera nas i innych, jesteśmy chyba jedynymi inostrańcami. Kierowca zapuszcza muzyczkę, ludzie rozmawiają, my obserwujemy świat po dwóch stronach szyb i co jakiś czas z wielkim uznaniem rechoczemy z różnych sytuacyjek. A sytuacyjek jest mnóstwo bo podróż trwa kilka godzin...ze 6 chyba. End of wstęp.

18.05.2008. W drogę!

Diłowe. Wysiadamy jako nieliczni, w ogóle jako nieliczni tu dotarliśmy. Mniej więcej od momentu gdy trasa zbliżyła się do granicznej rzeki Cisy autobus wyludnił się, miejscowości się rozrzedziły, zrobiło się ładniej, górsko, pusto. Z racji bliskości podziwialiśmy po drodze fragmenty Rumunii, te znajome i nieznakome takoż. A w Diłowym święto jakieś, wesoło, gwarnie, muzyka, stroje...pierwsze kroki kierujemy jednak do zastawy.Tam formalności, paszporty oglądają, kopię faksu widząc dzwoni kamandir do szefostwa upewnić się czy my to my ;).
Tak, my to my, faks posłano, zgode obiecano. Wypisuje komendant perepusk w prikordon. Pytamy o warunki w górach, okazuje się, że informacje słabe mają...pewnie sezon tak mało turystyczny, że nie patrolują. Odchodzimy z kwitkiem...bo po kwitek my przyszli.
Długa podróż troche nas podmęczyła, chwilę zabawiamy pod sklepem, tam piwko, tam zakupy, tam i chwilę dychnąć przed marszem. Miejscowi też dychają ;)
Po chwili przeskakujemy most i zanikamy w bocznej dolinie potoku Białego.Gdzieś tam w głębi jest ponoć miejsce godne naszego namiotu. Mimo, że dopiero wystartowaliśmy dzień ma się bliżej końca niż początku więc suniemy z planem, że gdzie dotrzemy tam padniemy. Większą część dnia spożytkowaliśmy bowiem na podróż autobusem. Po rozmiarach potoku widać, że dolina krótka nie będzie. Suniemy przed siebie, droga dobra, potok szumi wściekle, pogoda wspaniała, plecaki ciężkie, ludzi praktycznie nie spotykamy. Jest wszystko to co ma być. Po kilku kilometrach dolina się zawęża, robi się bardziej stromo, potok zdaje się wściekać coraz mocniej. Woda w nim czysta, ale aż widać temperaturę...jest nieco zmętniała, niebieskawa od topniejących wyżej śniegów, oczywiście jest piekielnie zimna. W pewnym miejscu dróżka sprytnie przewija się na drugą stronę strumienia, nie tak całkiem nas zostawia bez pomocy. Ktoś ułożył jeden czy dwa drągi ponad wodą. Ale przejdź wędrowcze, spróbuj, śmiało ;) Nie dajemy się przekonać, most jest mokry, śliski jak diabli bo kora odarta, plecaki chętnie do wody ciągną, liny nie mamy więc będzie forsowanie brodem. Brodem będzie miejsce, w którym się zanurzymy...ani płytsze ani głębsze, może tylko równiejsze. Buty radośnie dyndają, a ja z pomocą kijków walczę z żywiołem. Woda głęboka, a nurt tak silny, że trudno oderwać jedną nogę by krok wykonać i nie spłynąć. Tak więc przeprawa odbywa się ostrożnie i wolno, nogi bez najmniejszych kłopotów się przechładzają. Nieprzyjemne to jest. W końcu staję na drugim brzegu, Tomek przeprawia się uzbrojony w solidny drąg. Kolejny sukces. Niewiele czuć stopami więc boso idziemy nogi susząc tym sposobem.
Po chwili mijamy olbrzymi kawał skały, który spadł gdzieś z wysoka demolując strome zbocze i kończąc podróż w potoku. Robi wrażenie, rozglądamy się za kolejnym takim w akcji jednak nic nie leci,za to po chwili kolejna przeprawa.
Niby-most jest złowieszczo wysoko zawieszony nad kamienistym łożyskiem. Rezygnujemy z niego. Obok jest niezbyt trudny bród. Po chwili droga pnie się zakosami na zbocze. Robimy postój przy źródle i rozglądamy się za miejscem na nocleg. W pobliżu znajdujemy mały skrawek równego terenu. Koniec na dziś, tu stajemy, woda blisko. Budowa domu, kolacja, herbatka i błyskawiczne zaśnięcie.

strona główna  następny odcinek